Poopenerowo

Starzeję się. To wniosek, który wysnułam już w zeszłym roku, ale postanowiłam go zignorować. No bo jak tu nie pojechać i nie brodzić w błocie przez kilka godzin dziennie, skoro i Bon Iver, i Jamie Woon, i M83, i Bjork, i Bat For Lashes, i Janelle Monae, i cała masa innych spektakularnie zapowiadających się przeżyć. Nie może mnie tam zabraknąć!

Przygotowana byłam jak zawsze perfekcyjnie. Kalosze - to podstawa, kto przeżył raz Openera w jednych trampkach, które zakończyły swój żywot dnia pierwszego, a potem przez kolejne trzy cucone były na zmianę wodą i suszarką, wie to doskonale. "Nerka" - za każdym razem zdumiewa mnie pojemność tej nikczemnych rozmiarów namiastki torebki, uczepionej bioder niczym bardzo przestraszone zwierzątko. A jednak mieści w sobie wszystko, czego mi trzeba: telefon, płaszcz przeciwdeszczowy (jeśli można tak nazwać kawałek folii z pseudo kapturem), kasę, dowód, gumy do żucia, krople do oczu (my soczewkowcy bez nich ani rusz) i nałóg, którego pozbyć się już nawet nie próbuję. Ciepła bluza z możliwością przejścia do stroju niemal kąpielowego na wypadek super koncertu w namiocie. Jestem zabezpieczona na wszelką ewentualność. Nic mi nie grozi…



Pani na bramce przeczesuję moją nerkę z precyzją zrozumiałą, choć nie wiem, co ona sobie wyobraża, że mogę tam zmieścić. Wszystko skrzętnie poupychane i poukładane w jedynej możliwej konfiguracji zostaje brutalnie wyszarpane do ostatniego paprocha. I wtedy pada zaskakujące pytanie: No wie pani, ma pani bon z OFFa?? Zmieszana próbuję się na szybko wytłumaczyć: "to moja nerka festiwalowa… wie pani, zawsze ten sam zestaw…yyy… musiał się zawieruszyć". Pani zerka na mnie i wypala: "Zaraz, zaraz, ja panią znam… Chyba słyszałam jakieś pani piosenki…" - E…yyy… to chyba się cieszę" - odpowiadam speszonym uśmiechem i umykam, zanim zrobi się jeszcze bardziej niezręcznie.

Jestem w środku. Niby wszystko po staremu, a jednak z roku na rok więcej i lepiej. Jest już nawet sushi, nie odważyłabym się, ale jest. I owoce w czekoladzie?? Wow, muszę tu koniecznie wrócić. Kino, teatr, muzeum, namiot modowy, ręcznie robiona biżuteria, torby z recyklingu… w którą stronę się nie obrócę, coś przykuwa mój wzrok i próbuje mnie zatrzymać, ale przecież trzeba biec, bo kilometrów kilka do sceny głównej, a zaraz w namiocie grają jeszcze lepsi i trzeba będzie wracać. Wracam dzielnie, choć kalosze ciążą, stragany przyciągają, a na scenie głównej za pół godziny zaczyna się kolejna porcja wrażeń… Skrócona o parę dobrych centymetrów ledwo zipię. Muszę usiąść, bo za chwilę pęknie mi kręgosłup. Zapomnij. Znowu padało, trawa umarła nagłą śmiercią tysięcy rozszalałych stóp a w powietrzu unosi się zapach, jakby w ciągu dnia opróżniło się tu 15 tysięcy koni… W półprzykucu, który przynosi znikomą ulgę mojej cielesnej męczarni, próbuję dostrzec na telebimie, kto i na czym tak fajnie gra. Nie ma co się prostować, bo z tej odległości artysta na scenie i tak nie przekracza wielkości ludzika lego… Dobrze, że jutro wszystko zaczyna się dopiero o 18:00. Do tej pory może uda mi się choć trochę zregenerować na sopockiej plaży… Oj, chcę już, żeby było jutro…

Starzeję się, to już postanowione. W przyszłym roku nie przyjeżdżam. Dokładnie to samo mówiłam 12 miesięcy temu. A potem na wiosnę na stronie Openera na moich oczach rosła lista, która zapierała dech w piersiach…

Ale przecież WSZYSCY, których chciałam zobaczyć już byli, kto jeszcze mógłby przyjechać??

O to też pytałam się w zeszłym roku. I co? Za rok już na pewno nie przyjeżdżam ;)

K.
Trwa ładowanie komentarzy...