Poopenerowo 2

No dobra. Było o rozpraszaczach festiwalowych, teraz będzie o tym, co najistotniejsze - o muzyce. Wiem, że temat jest już dla niektórych mało aktualny, biorąc pod uwagę ile się od tamtej pory wydarzyło i nadal dzieje (patrz chociażby Off), ale mnie tam nie było, więc jeszcze pociągnę chwilę Openera, a nuż kogoś to zainteresuje.



Jak zwykle miałam skrzętnie wytyczoną na rozkładzie jazdy trasę artystyczną i jak zwykle mogłam ja sobie podrzeć i wyrzucić. Do niczego się nie przydaje. Co roku (o zgrozo) odkrywam, że to, co chcę obejrzeć najczęściej mnie zawodzi. Z różnych powodów, czasem artysta nie dorasta do moich oczekiwań, czasem występuję niesłusznie na scenie głównej podczas gdy wszyscy wiedzą, że w namiocie byłoby perfekcyjnie. Przykładów z poprzednich lat nie przytoczę, bo to w mojej głowie zbyt chaotyczny zapis, ale daleko szukać nie muszę - Bon Iver. Mój absolutny priorytet tegorocznej odsłony festiwalu. Mogłaby się jawić trąba powietrzna na horyzoncie, a ja twardo kroczyłabym w stronę sceny. W tym roku raczej człapałam niż kroczyłam, ale nie o tym… Nie należę do osób, które lądują pod samą sceną. Preferuję miejscówki, w których nie muszę ocierać się o niezidentyfikowane persony i wystarczy mi dobry dźwięk i telebim by czerpać dziką satysfakcję, sama pozostając jednocześnie lekkim dzikusem na uboczu. Tu nie było mowy o żadnym uboczu, gdyż poza rozgadaną gawiedzią nie dochodziły do mnie prawie żadne inne dźwięki (!). Zaczęłam się więc przybliżać, przekroczyłam nawet strefę drugo-rzędowego nagłośnienia i ku narastającemu zdumieniu dalej borykałam się z niemożliwością skupienia. Delikatność, subtelność, kameralność Bon Ivera nie miała w tym miejscu zasięgu. I w kilku innych, w których bezskutecznie próbowałam odnaleźć swoje miejsce.

Pół godziny przepychanek okupionych nadszarpniętymi nerwami wystarczyło, bym rozżalona zaczęła się wycofywać rakiem. Na końcu obraziłam się na główną scenę, dźwiękowców, organizatorów i pomysłodawców umieszczenia mojego nr 1 w tak niesprzyjających mu warunkach i… sobie poszłam nie doczekawszy nawet re:stacks, blood bank ani holocene…

A przecież pierwszego dnia wiedziona ciekawością tego, jak zaprezentuje się na scenie Bjork, choć muzycznie jej ostatni lot nazwany Biofilia nie zaczepił mnie tak jak jej poprzednie krążki stałam na tym samym uboczu zauroczona. Miałam wrażenie jakby ze sceny wysunęły się niewidzialne macki i zassały mi się na skroniach i trzewiach. Grube syntetyczne basy i nieziemskie, z pozoru bardzo proste wizuale trzymały mnie w uścisku aż do końca koncertu, na którym miałam być zaledwie 10 minut, bo wg mojego planu kolejny dłuższy przystanek miał mi zapewnić na scenie World Gogol Bordello… Tymczasem po tym co zrobiła mi w głowie Bjork wypadało zakończyć wieczór i delektować się dalej emocjonalnym delayem.

Dzień drugi należał do…. ha i tu sama się nadal nadziwić nie mogę, że w ogóle trafiłam na ten koncert (szacunek dla szefów za mocno oryginalny i trochę ryzykowny pomysł). Penderecki/ Greenwood - poważna sprawa, awangarda w najczystszej postaci. Na scenie orkiestra symfoniczna wydająca najbardziej niepokojące dźwięki jakie kiedykolwiek otarły się o moje uszy. A do tego wszechogarniająca mgła wisząca nad nami jak mleko, które na te kilkadziesiąt minut zmieniło świat na czarno-biały.



Siedziałam (o tak, nie padało więc sztormiak zamienił się w całkiem sensowny poddupnik) oniemiała, zastanawiając się jak trzeba mieć zasupłany mózg, by takie rzeczy móc zapisać w nutach. Kompletny odjazd.

I jeszcze jeden występ zapamiętam z tegorocznego Openera. The XX - skromne trio z pomysłem i bezpretensjonalnymi piosenkami. Żadne z nich nie jest może wybitnym instrumentalistą ani wokalistą, ale ta ich lekka nieporadność dodawała im tylko uroku. Najciekawsze stanowisko miał Jamie, stał za ladą, na której zgromadził w różnych dziwnych konfiguracjach: beat maszynę, pady i poszczególne części perkusji, grając m.in. na werblu zawieszonym w pionie na wysokości głowy. No i była magia, której zawsze szukam na koncertach.

Reszta występów, na które udało mi się dotrzeć nie zaplątała mi odpowiednich nitek w głowie. Żałuję, że nie zdążyłam na Mumford & Sons, ale podejść do wyjazdu na festiwal tego dnia miałam kilka - skutecznie niwelowanych przez nieodpuszczającą ulewę.



Żałuję, że w piątek wybrałam picie drinków z parasolkami w Sopocie i nie obejrzałam (po raz drugi, ale jednak z nowym doskonałym materiałem) M83, choć potem dowiedziałam się, że do namiotu nie można było się dostać. Żałuję… ale to uczucie jest wpisane w harmonogram każdego festiwalu. Zawsze gdzieś się zdąży, a gdzieś nie. Udało mi się od początku do końca przeżyć aż 3 naprawdę dobre koncerty. Uważam to za wynik godny :)
Trwa ładowanie komentarzy...