Nie myśleć

Jako wierny i zawzięty kibic tenisa ożywam, gdy w telewizji transmitują turnieje wielkoszlemowe. Na zaczepki smsowe :"skype?", odpowiadam przyjaciółce: "tenis" i ona już wie, że choć często korzystamy z tej metody komunikacji, nie może na mnie liczyć w ciągu najbliższych kilku dni, a czasem tygodni. Fascynuje mnie ten sport, nie tylko ze względu na emocje, jakie niosą same rozgrywki, ale również zawiłości psychologiczne. Paradoksalnie kort (i sport w ogóle) ma wiele wspólnego ze sceną. Podstawowa zasada - nie myśleć.

Przeczytałam niedawno biografię Andre Agassiego. Właściwie pochłonęłam ją jednym tchem na balkonie, z przerwami wyłącznie na zaspokojenie podstawowych potrzeb ludzkich: jedzenie i sen. Należy oddać zasługi J.R. Moehringerowi (laureatowi nagrody Pulitzera), który spisał tę niezwykłą historię. Szczerą do bólu historię człowieka, który nienawidził tenisa, ale od 4-ego roku życia konsekwentnie realizował morderczy plan swojego surowego ojca. Buntował się, ćpał, oszukiwał innych i samego siebie - np. zamiast pogodzić się z utratą włosów przyczepiał tupecik, który był jego największą zmorą na korcie, bo nic to jeśli przegra, ale co będzie jak się wywróci i tupecik na oczach milionów widzów odczepi się i potoczy w stronę siatki??

Parskając śmiechem raz po raz zaczęłam rozmyślać nad swoimi pozornymi ochraniaczami, które nie raz przysporzyły mi kłopotów na scenie. Moim największym utrapieniem zawsze były obcasy. Wymysł bez wątpienia mężczyzny-sadysty. No ale co z tego, że na co dzień unikam ich jak ognia, to przecież koncert, trzeba się więc wystroić jak na wiejskie wesele. I zamiast oddać się w pełni temu, po co na scenę wyszłam walczyłam z materią nie do opanowania, tańcząc rękami, by w panice odwrócić uwagę od nóg przytwierdzonych do ziemi jak kołki. Albo z sukienką - piękną, bez ramion, luźno opadającą, specjalnie przerabianą na specjalną okazję przez moją przyjaciółkę. "Wiem, że mam mały biust, ale kupię stanik, który utrzyma ją bez problemu, zobaczysz" - mówiłam podekscytowana. W sklepie przeprowadziłyśmy eksperyment, skoki, wygibasy, pochyły, odchyły, sukienka ani rusz. Jest ekstra - pomyślałam szczęśliwa. Obcasy wymieniłam na wygodne botki i wymaszerowałam dumnie na scenę. W trakcie pierwszej piosenki poczułam jak ta łajza zaczyna się osuwać. Bo więcej powietrza nabieram i wypuszczam w trakcie śpiewania. Dlaczego o tym nie pomyślałam??? I co? Teraz nogami wywijam bez problemu, ale rękami muszę trzymać kurczowo tę wredną szmatę by uniknąć nieuniknionego…

Stara prawda - człowiek uczy się na błędach. Te mam już na szczęście za sobą. Nie występuję w niewygodnych butach ani kreacjach, pozostała mi do okiełznania tylko głowa. Łatwo jest bowiem pozbyć się wszystkiego poza myślami. Te natrętne robaki uwielbiają tremę. Uaktywniają się wtedy ze zdwojoną siłą. Skupienie we wrzawie własnych myśli nie jest możliwe. Na korcie i na scenie.

Oglądam mojego ulubionego Djokovica i pocą mi się dłonie ze zdenerwowania. Wiem, że nawet jeśli będzie psuł i przegrywał z kretesem, wynik końcowy zależy tylko od tego, czy zdoła odłączyć swój mózg. Przestanie analizować, zastanawiać się nad tym, dlaczego tak mu źle idzie i co będzie, jeśli nie uda mu się z tego stanu wykaraskać. "Nie myśl!" krzyczę w stronę telewizora coraz mocniej zaciskając pięść. Łatwo powiedzieć, gorzej wykonać. A jednak on to potrafi. I tego mu serdecznie zazdroszczę. Przed wejściem na scenę trema, którą cały dzień odpędzam jak muchę, staje się niemożliwie natarczywa. Wiem, że pierwsze 2 numery pójdą na straty i nie mogę obok tego faktu przejść obojętnie. Na próbie było świetnie, dlaczego więc za każdym razem zaliczam ten paskudny start? Bo myślę.

Djokovic pracuje nad niemyśleniem od lat. Ja też podjęłam to wyzwanie. 6 września 2012 roku na prowizorycznych schodach prowadzących na scenę w warszawskim Cudzie nad Wisłą zaliczyłam pierwszą udaną próbę. Otrzepałam się jak pies po wyjściu z wody i nie myślałam przez całe 70 minut. Było znakomicie.
Trwa ładowanie komentarzy...