Jesień

Lubię jesień. To najpiękniejsza pora roku. Z takim stwierdzeniem spotykam się niezwykle często. I za każdym razem wzdrygam się na samą myśl. Jesień jest podła. Jesień mnie osłabia. Jesień odbiera mi energię, zarówno fizyczną, jak i umysłową. Nic mi nie idzie. Wpadam w marazm, z którym co roku staczam nierówną walkę i nigdy nie wygrywam. Kolorowe liście w blasku słońca? Może w Barcelonie albo Lizbonie, w Warszawie szarość obezwładnia.

Listopad zaczyna się w październiku, a czasem potrafi zapowiedzieć swoją wkrótce niekończącą się obecność nawet w lipcu. Najczęściej wtedy, kiedy jestem nad morzem i zamiast biegać w klapkach po rozgrzanym piasku spaceruję w kaloszach pod parasolem okutana od stóp do głów, w zimowej czapce, żałując, że znowu zapomniałam spakować rękawiczki. Nie lubię jesieni. Piję kawę i czuję jak szklanka pomału próbuje wyślizgnąć mi się z dłoni, a powieki stają się niepokojąco ciężkie. Tyle mam do zrobienia, od tygodni próbuję zmusić mój mózg do wygenerowania kilkudziesięciu słów, które ułożyłyby się w zgrabny tekst piosenki… Ale nic, choćby w najmniejszym stopniu intrygującego nie płynie w strumieniu moich myśli. Nie mam nic do przekazania. A co jeśli tym razem zakręcił się weny spust na dobre? Co teraz będzie?? Paranoja stroszy piórka, a jesień coraz pewniej wczepia się pazurami w mój mózg. A chwilę później w gardło…



Lewe ucho mam przytkane, bo jak wyjaśnił mi pan doktor prawdopodobnie "doszło do obrzęku trąbki". 7 dni antybiotyku niweczy plan nabrania sił do dalszej walki z jesienią. Poddaję się. Postanawiam zahibernować się na kanapie i przeczekać do wiosny ;)
Trwa ładowanie komentarzy...