Świat się kurczy

Zima była okrutna dla mojej percepcji. Wiosna nie chciała przyjść tak długo i trwała tak krótko, że jak się już wreszcie odhibernowałam przywaliłam głową prosto w lato. I niech tak będzie. Wstaję, otrzepuję się i powracam by pogadać na tematy rożne, które przyjdą nagle, nieoczekiwanie spadną mi pod nogi a ja się o nie z radością potknę i podniosę.

Pierwszy wstrząs z gatunku zmieniających gabaryty planety, na której żyję i przeżywam nastąpił 18-ego maja 2013 r. Dokładnie tego dnia odbyło się zamknięcie festiwalu Planete Doc Review z deserem w postaci koncertu grupy Efterklang, która zagrała w Cafe Kulturalna. I to był prawdziwy punkt zwrotny w mojej półrocznej kanapowej kokonizacji z okazjonalnym wyczołgiem na balkon, by pooddychać miejskim powietrzem i pyknąć parę dymków.





Spodziewałam się, że to będzie dobry koncert, bo to zwyczajnie dobry zespół. Ale nie przewidziałam, że poza merytorycznymi i emocjonalnymi doznaniami po raz pierwszy nie skorzystam z misternie ukręconych w palcach chusteczkowych zatyczek, którymi ZAWSZE muszę ratować uszy przed akustykami-sadystami wyznającymi zasadę, że im głośniej tym bardziej będzie mi się podobało. Dźwięki były piękne. Miały też okiełznane pasma w sposób wyjątkowo, jak na warunki koncertowe szlachetny. To rzecz jasna spotęgowało mój odbiór i podczas gromkich owacji dla zespołu odwróciłam się w stronę ryżawego Skandynawa stojącego za stołem realizatorskim i z rozanielonym, dziękczynnym wyrazem twarzy biłam brawo też dla niego.

Po koncercie emocje nie przestawały buzować. Jeden z pierwszych ciepłych wieczorów pozwalał cieszyć się i przeżywać dalej w Kulturalnym ogródku, w którym gwar ludzki przeplatało częste charakterystyczne "tsss..." jakie wydaje otwierana butelka z piwem. Gadaliśmy długo, nikomu nie chciało się wracać do domu. Każdy z nas czuł, że przed chwilą wydarzyło się coś ważnego, coś co jak dobry film - wciąga, porusza, daje do myślenia i nie pozwala tak łatwo wrócić do rzeczywistości. Napawaliśmy się tą ulotną chwilą.

I wtedy zza murku wysunął się ryżawy Skandynaw. Skinął przyjaźnie kiwając palcem, z którego odczytałam: "chodź tu na chwilę", więc poszłam. Ledwo zdążyliśmy stanąć na przeciwko siebie powietrze jak tasak przecięło pytanie: "Didn't you go to music school in Denmark 10 years ago"? ("Czy nie byłaś przypadkiem w muzycznej szkole w Danii 10 lat temu?") Poczułam jak moje oczy robią się większe niż fizycznie mogą. "Yes…" odpowiedziałam niepewnie.
Chwilę później z moich ust wielokrotnie padały już tylko: "No way!" i "Oh my God!" kiedy okazało się, że akustyk (geniusz) jednego z moich ulubionych zespołów na świecie jest moim kolegą. Jako jedyna Polka w duńskiej szkole w owym czasie najwyraźniej budziłam zainteresowanie. Co więcej mój kolega przyjaźni się i współtworzy studio nagraniowe w Aarhus z najbliższymi mi osobami w tamtych czasach...

I tak oto Ziemia skurczyła się o kolejne kilka kilometrów. Gdyby ktoś próbował wyliczyć prawdopodobieństwo naszego spotkania, nie sądzę, by wyniki dały nam jakąkolwiek szansę. A jednak. Czy świat próbuje mi coś powiedzieć? To się okaże.

"Do you know Anders Boll outside of Facebook?"
Z dumą odpowiadam: "Yes" :)
Trwa ładowanie komentarzy...